sobota, 22 listopada 2014

Rozdział II

 Następnego dnia obudziłam się ledwo przytomna i pełna obaw. Promienie Słońca przebijające się przez żaluzje pieściły moją twarz, a ja zaczęłam rozmyślać nad swoim stanem zdrowia psychicznego. Musiałam być zdrowa. Daria przecież uczestniczyła w tamtym wydarzeniu tak samo jak ja i o mało nie straciła życia. 

-Psycholog nie ma prawa świrować-szepnęłam do siebie i starałam się poukładać to w logiczną całość. Jeśli chodzi o zjawiska nadprzyrodzone, byłam do nich neutralnie nastawiona. Wszystko da się jakoś logicznie wytłumaczyć, ale bywają wyjątki. Osobiście wierzyłam w Anioły i Boga, ale wczorajsze starcie z gargulcem całkowicie zbiło mnie z tropu. Ten incydent nie dawał mi spokoju i zastanawiałam się nad wiarygodnością słów Darii dotyczących owej postaci głaskającej martwego potwora. Miałam nadzieję, że moja przyjaciółka była zbyt przestraszona i pod wpływem silnych emocji zaczęła mieć zwidy. 

,,Tak...ta postać mogła być tylko złudzeniem, a martwy gargulec zostanie zauważony i szybko sprzątnięty z miejsca zbrodni."- pomyślałam dodając sobie otuchy. Nie miałam przecież czym się niepokoić. Zabiłyśmy to, bo nas zaatakowało. Normalny odruch obronny i nie miałam żadnych wyrzutów sumienia. Wstałam z łóżka i rozbudzona rozmyślaniami udałam się do łazienki i spojrzałam w lustro. Wczorajsza noc odbiła się nie tylko na moim samopoczuciu, ale i na twarzy. Pod zielonymi oczami miałam wielkie wory, byłam blada jak ściana, a moje ciemnobrązowe włosy wyglądały jak poczochrana znoszona peruka. Szybko doprowadziłam się do porządku i pobiegłam do kuchni, aby coś przekąsić. W lodówce stała Nutella i wczorajszy obiad. Widząc te pyszności poczułam rozpaczliwe burczenie w żołądku. Powoli zabrałam się do jedzenia i odgarnęłam z oczu długą grzywkę. Daria już dawno pojechała do swojej pracy, a ja miałam dzisiaj wolne. Chciałam się komuś wyżalić z wczorajszego zdarzenia, ale bałam się, że owa osoba mnie wyśmieje i szybko zmieni temat. Pełna nadziei na zrozumienie włożyłam talerz do zmywarki i wyszłam z domu. Mogłam być tylko pewna jednego- osoba, do której się udam, NA PEWNO poprawi mi humor.

***********************************

  W jednym z wynajętych apartamentów w centrum Warszawy oszałamiająco piękna kobieta o blond włosach paliła Malboro, a narastający w niej gniew sprawiał, że te piękne oczy, których była szczęśliwą posiadaczką żarzyły się głęboką czerwienią. Jeszcze żaden człowiek nie zaszedł jej tak za skórę. Była naprawdę wściekła i rozmyślała nad okrutną i bolesną zemstą. Ludzie byli dla niej żałosnymi plugawymi robakami niemającymi prawa bytu. Brzydziła się nimi niesamowicie, ale intrygi, którymi niszczyła im życie sprawiały jej ogromną rozkosz i satysfakcję. Czuła się jak nietykalna królowa świata, która w każdej chwili może go obalić i zasiać w nim niepokój oraz chaos. Miała wrażenie, że niebawem ona i jej towarzysze przejmą kontrolę nad ludźmi i zrobią z nich prawdziwych niewolników. Przecież człowiek jest taki słaby i żałosny...grzeszy wiedząc co jest dobre, a co złe, wypiera się wszystkich zasad moralnych i niszczy swoje własne życie dobrowolnie wpadając w pajęczynę zguby niczym bezmyślna mucha, a wtedy jest zależny od swojego największego wroga, który oczywiście nie okazuję ani krztyny litości. Porównywała ludzi do owadów, które ślepo lecą do światła, nie zważając na to, że w końcu się spalą. Śmieszyło ją to, że nie uczą się na błędach i z satysfakcją patrzyła na tą głupią rasę, która od wieków sama sobie szkodzi. Niestety bywają wyjątki...są to ludzie, których bardzo ciężko zwerbować na złą stronę mocy. Mają szlachetne, czyste dusze pełne miłości i ciepła wobec innych. Na samo wspomnienie odczucia aury morderczyń jej zwierzątka, aż wzdrygnęła się z obrzydzenia i poczuła znów podnoszące się ciśnienie złości w jej czarnym przeklętym sercu. Prychnęła ze złością i zgniotła papierosa w popielniczce. Zwierzątko owej kobiety podjudzone obecnością ludzi przed parkiem, aż powiększyło się o 2 metry, ale i wielkość nie dała rady w obliczu odwagi ludzkiej... Albo nieludzkiej. Wiedziała też, że i na anioły w ludzkiej skórze były sposoby. Wystarczyło wyniszczyć ich wewnętrznie, używając innych ludzi jako marionetki. Słowa bolą bardziej niż czyny. Uśmiechnęła się do siebie złowieszczo i z czarnej skórzanej torebki wyjęła telefon, aby wykręcić numer do swoich towarzyszy.

- Pokażę tym żałosnym robakom, gdzie ich miejsce - Szepnęła jadowitym od nienawiści głosem. Skonsultowała się błyskawicznie z liderami oddziałów i poprosiła o spotkanie. Trzeba było tylko znaleźć ofiary i zasiać w ich sercach strach. Była w tym mistrzynią (przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż cierpiała na powszechną wśród jej rasy przypadłość zwaną wygórowanym ego).  Ciekawa tożsamości kobiet, które uśmierciły jej pupilka, wstała i szybko wyszła z domu kierując się do miejsca zbrodni. Wiedziała, że towarzysze namierzą ją i będą chcieli poznać jak najwięcej szczegółów z tamtego zdarzenia. Starała się wytężyć pamięć i opisać wszystko jak najlepiej umiała. Idąc w stronę parku intensywnie rozmyślała nad silną energią, którą odczuła w towarzystwie tych ludzkich pomiotów.

,,To nie było normalne... Żadna istota nie kumuluje w sobie czegoś takiego. Trzeba porozmawiać o tym z szefem."-pomyślała i spojrzała przelotnie na swój apartament, który był już w oddali.  

Przełknęła ślinę.

 Wiedziała, że jeśli to wszystko nie jest warte uwagi jej przełożonego, może zarobić za to niezły łomot. Szefa nie można było niepokoić z byle powodu, ponieważ miał mnóstwo spraw na głowie, które często wprowadzały go w silne rozdrażnienie.

 Gdy pojawiła się na miejscu, westchnęła ciężko i nerwowym ruchem sięgnęła po papierosa. Odgarnęła włosy, które pod wpływem wiatru nachodziły jej na twarz i zaciągnęła się dymem, który codziennie truł miliardy osób. Zastanawiała się co zrobić, aby jej przełożony nie dostał szału, gdyby interwencja stałaby się według niego niepotrzebna, ale nie miała żadnego wyjścia z tej sytuacji. Musiała iść na żywioł. 

Nikotyna palona przez kobietę, źle wpływała na demony. Głównymi objawami jej działalności było szwankowanie szóstego zmysłu i hamowanie prawidłowego funkcjonowania mózgu. Mimo tych obrzydliwych skutków ubocznych nie kwapiła się, aby rzucić palenie dla własnego dobra. Trwała w przekonaniu, że mimo wszystko jest najlepsza w swoim oddziale i szef niedługo mianuje ją liderką.

  Uśmiechnęła się dumnie, lecz mina natychmiastowo jej zrzedła, kiedy poczuła za sobą znajomą aurę.

- Już z rana zaliczasz papieroski, Gimikis? Od kiedy sto lat temu opuściliśmy nasz dom mogę sobie dać rękę uciąć, że strasznie... Zczłowieczałaś. - Usłyszała za sobą rozbawiony głos. - I my mamy brać twoje interwencje na poważnie? Na pięknej buzi kobiety pojawił się grymas nienawiści. Jako pierwszy przybył jej największy konkurent. Lider oddziału Beta, który ostatnimi czasy zyskał spory szacunek u szefa. Za każdym razem, kiedy słyszała jego irytujący głos jej jedynym pragnieniem było otrzymanie awansu i pokazanie mu, kto tu rządzi. Od kiedy pamięta rywalizowała z nim w wielu sprawach, a ilości potyczek przez które przeszli, sprawiły że znienawidzili się do szpiku kości. Cała rywalizacja zdawała się nie mieć końca. Oboje byli potężni, wpływowi i szanowani, ale kiedy Gimikis wpadła w powszechny u ludzi nałóg, jej kariera w każdej chwili mogła legnąć w gruzach, co bardzo cieszyło owego demona. 

Złotowłosa odwróciła się i szybkim ruchem zgasiła papierosa w kałuży powstałej pod wpływem porannego deszczu.

-To nie twój interes James. Oboje wiemy, że i tak nie dorastasz mi do pięt. - syknęła i już miała siadać na ławce, gdy przypomniała sobie, że została rozwalona przez jej świętej pamięci Kremplinka. James wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby i zaśmiał się cicho. Był przystojnym mężczyzną o brązowych krótkich włosach, czarnych jak sklepienie nocne oczach i latynoskiej cerze. Znany był wśród ich szerokiej społeczności jako demon skazany na sukces, co denerwowało Gimikis i chciała dobić go raz a dobrze.

- Dlaczego fatygujesz w to miejsce nasze szanowne towarzystwo moja droga? Jakieś dwa żałosne ludziki zabiły twojego zwierzaka, a ty najwyraźniej histeryzujesz i zamierzasz uraczyć nas mową pogrzebową na jego cześć, jak dobrze rozumiem?- Spytał ironicznie i zgromadzenie, które przed chwilą przybyło na miejsce spotkania wybuchło śmiechem. 

Oczy Gimikis zabłysły z wściekłości i rozejrzała się po demonach, które zaszczyciły ją swoją obecnością. Liderzy Omega i Gamma oraz ich towarzysze. Zacisnęła zęby i starała się opanować emocje. Pocieszał ją fakt, że z jakiegoś powodu nie było wśród nich Szefa i nie słuchał tych obrzydliwych docinek Jamesa. Będzie robił wszystko, żeby upokorzyć ją jak najmocniej się da, gdyż rzadko była ku temu okazja. Postanowiła ignorować jego złośliwe zachowanie i odbić piłeczkę.

- Ostatnimi czasy to miasto nie jest chronione jak kiedyś, więc wszyscy możemy pozwolić sobie na większą działalność, jednakże wczoraj doszło do incydentu, który mnie zaniepokoił. Wyszłam na spacer z moim gargulcem, ale oddaliłam się na chwilę, a zwierzę zaatakowało dwie ludzkie kobiety. Jakimś cudem mój pupilek został przez nie zabity, obserwowałam to z ukrycia, bo aura, którą miały w sobie obie napastniczki była bardzo interesująca. Nie przypominała ani ludzkiej ani Anielskiej. 

Nim zdążyła powiedzieć o swoich przypuszczeniach po towarzystwie rozlała się fala szeptów pełnych przejęcia i obaw. James skrzywił się i mruknął coś pod nosem z niezadowoleniem. Uważał Gimikis za idiotkę, która zrobi wszystko, aby tylko się wybić. Nawet jeśli coś takiego zdarzyło się wczorajszej nocy, mógł zbagatelizować sprawę jednym mocnym argumentem.

- Gimikis, nie rób z nas idiotów przecież każdy wie, że zwierzę takie jak gargulec poradziłoby sobie nawet z pięcioma ludzikami. Albo robisz nas w konia, albo ten ludzki żałosny nałóg miesza ci w głowie - Odparł, a reszcie demonów dało to porządnie do myślenia. - To musiały być jakieś Anioły. Daj sobie spokój i nie fatyguj nas z byle powodu. Może liczysz, że będziemy szukać sprawców i pomścimy twojego Kremplinka? Na tak osobiste odruchy uczuciowe nie ma miejsca w tej służbie i dobrze o tym wiesz.

- To byli ludzie i jestem tego zupełnie pewna! Anioły nie broniłyby się przed nim nożykiem i gazem pieprzowym! Po zabiciu Kremplinka uciekły o mało nie potykając się o własne nogi. Strażnicy ludzkich dusz postąpiliby inaczej, więc ukróć te dziecinne docinki wobec mnie i zrozum, że nasi wrogowie organizują sobie posiłki! - Warknęła uciszając tym skutecznie pewnego zwycięstwa rywala. - Musimy zniszczyć wybranych ludzi w zarodku nim wzniosą się jako Anioły. Proponuję zwiększyć czujność i rozstawić patrole również na obrzeżach miasta. Czuję, że niebawem może rozpocząć się prawdziwa bitwa. Bądźcie czujni i nie upokarzajcie się nawzajem jak niektórzy... - spojrzała znacząco na Jamesa, którego oczy zabłysły wściekłością. Zgromadzenie patrzyło na Gimikis z dużym uznaniem, a ona rzuciła przelotnie triumfalne spojrzenie swojemu rywalowi.

- A więc dobrze! - Zawołała liderka oddziału Gamma i spojrzała na Jamesa. - To poważna sprawa. Musimy się zmobilizować i zdać raport Szefowi. Nasza sielanka może się szybko skończyć. Bądźmy czujni i bardziej bezlitośni niż zwykle, a ty moja droga... - Spojrzała na blondwłosą kobietę i uśmiechnęła się. - Rzuć palenie, bo niedługo może być z ciebie bardzo obiecująca liderka. Chyba możemy już zakończyć posiedzenie? Wszyscy mamy masę spraw na głowie. 

Demony w mgnieniu oka rozeszły się rozpływając w ogniu, który na pstryknięcie palca okalał ich ciała. 

Została tylko ona. 

Pokonany James nie miał jej już nic do powiedzenia i zniknął razem z innymi.

,,Cudownie! Dzięki dwóm ludzkim ścierwom mam szanse awansować! Teraz tylko trzeba przeprowadzić zamach na ich życie zanim przemiana dobiegnie końca..."- Pomyślała i zadowolona z siebie ruszyła w stronę swojego domu, a jej ego osiągnęło niebywałych rozmiarów. Czuła, że w końcu będzie mogła zabawić się jak nigdy dotąd...o ile nikt jej nie przeszkodzi.  

********************

Po drodze do osoby, która mogłaby szybko poprawić mój zniszczony od wczoraj humor, zakupiłam w małym sklepiku dwie paczki moich ulubionych ciasteczek i dużą paczkę chipsów. Podczas jedzenia zawsze łatwiej było mi zbierać myśli zwłaszcza, jeśli rozmawiałam na dość skomplikowane tematy. Słodycze chodź w minimalnym stopniu uspokajają mój umysł i pozwalają się wyciszyć. Nie mogąc się powstrzymać przed pragnieniem spożycia dużej dawki cukru, otworzyłam paczkę ciasteczek. Rozkoszując się ich smakiem weszłam na teren bardzo eleganckiej posesji ogrodzonej białą bramą. Wpisałam kod dostępu i szybko weszłam na szeroko otwartą klatkę schodową. 

Budynki mieszkalne w tym miejscu, były bardzo schludne oraz nowoczesne. Mieszkanie w takim miejscu na pewno było drogie i czasem zastanawiałam się skąd moja dobra koleżanka ma pieniądze na taki luksus. Zawsze marzyłam o mieszkaniu na ogrodzonym terenie, ale zwykle moje marzenia spełniały się innym ludziom. Jako dziecko mieszkałam w przepięknym malowniczym Lublinie, lecz pragnienie rozpoczęcia ciekawego i lepszego życia, zmusiło mnie do opuszczenia mojej małej Ojczyzny. Nie sądziłam, że wiele dobrych znajomych, których znałam dotychczas, zrobi identycznie. Widywałyśmy się dosyć rzadko, ze względu na zabieganie i pracę, ale kiedy przychodziła ku temu okazja, potrafiłyśmy rozmawiać całą noc przy dobrym winie i przekąskach. 

Nigdy nie mówiła mi gdzie pracuje. Nie wiedziałam czy jej przeszkodzę, ale zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam dzwonkiem, wpychając do ust kolejne ciastko. Poczucie samotności powoli znikało, a rozwiało się całkowicie, kiedy drzwi otworzyła mi Elwira- drobnej postury kobieta o oczach mieniących się różnymi odcieniami i długimi ciemnoblond włosami, które od wielu lat sięgały jej do bioder. Widać było, że humor jej dzisiaj mocno sprzyjał. Oczy błyszczące od pełni życia i lekkie rumieńce radości potwierdzały moje spostrzeżenie. Ubrana była w białą sukienkę z koronką przy dekolcie oraz czarną wstążeczką zawiązaną w pasie. Miało się wrażenie, że zamierza dziś świętować jakiś osobisty sukces. Trochę zdziwił mnie fakt, że zastałam ją w domu o tej porze. Praca, której się podjęła na pewno nie była byle jaka, skoro była w posiadaniu takiego ładnego mieszkania. Po jej minie było widać, że jest lekko zaskoczona moją wizytą, ale najwyraźniej jej to nie przeszkadzało, bo uśmiechnęła się i bez słowa otworzyła szerzej drzwi, gestem zapraszając mnie do siebie.

-Cześć Laura! Co cię do mnie sprowadza tak wcześnie? Nie powinnaś być dzisiaj w pracy? Ucieszona, że jednak nie zastałam pustego domu uścisnęłam ją serdecznie i zamknęłam za sobą drzwi.

-Chciałam wpaść i porozmawiać. Gdyby cie nie było, zajrzałabym do Patryka.

 Podałam jej siatkę ze słodyczami i zdjęłam buty, aby za chwilę udać się do salonu. Spoczęłam na fotelu obitym czerwonym miękkim materiałem i spojrzałam jej w oczy. Elwira była osobą, która miała w sobie mnóstwo empatii i zrozumienia. Po moim wzroku i zachowaniu od razu zauważyła, że coś jest nie tak.

-Co ci jest? Chyba nie przeskrobałaś nic poważnego?- Spytała i bez słowa poszła do kuchni zaparzyć herbaty.

Mieszkanie miało wystrój jak ze snu. Biały miękki dywan zdobił całą powierzchnię podłogi salonu, a białe ściany pokrywały artystyczne wzory o kolorze turkusowym. Naprzeciwko fotela i kanapy stała wielka plazma, a obok niej wieża do słuchania muzyki. Na drugim końcu pokoju królowała mini biblioteczka bogata w książki kryminalne, horrory i science fiction. 

Uniosłam wzrok do góry i zagapiłam się na wielki kryształowy żyrandol mieniący się w słońcu kolorami tęczy. Zastanawiałam się nad całą wczorajszą sytuacją, ale spokój, który panował w domu kumpeli sprawił, że przestałam się tym mocno przejmować.

,,Nic złego się nie stanie...będzie tylko lepiej i nic nie zniszczy mojego prawie idealnego życia"-pomyślałam i zaśmiałam się głośno. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie ma się czego bać. Nic mnie już nie zaatakuje i mogę spokojnie żyć dalej. Rozbawiła mnie moja własna głupota.

-Z czego się śmiejesz?- Spytała Elwirka, przynosząc herbatę i ciasteczka na tacy. Siadła obok mnie na kanapie przyglądając mi się ze spokojem.

 Uśmiechnęłam się głupawo i przeczesałam niesforne włosy na lewą stronę.

-Zaatakował mnie Gargulec!- Krzyknęłam i zatkałam usta, aby powstrzymać śmiech- Wczoraj w nocy wracałam z Darią od Patryka i zaatakował nas kamienny stwór. Wyglądał jakby się z piekła urwał. Zabiłyśmy go i uciekłyśmy. Do tej pory mam lekkie ciarki na plecach jak o tym pomyślę. Przyszłam do ciebie, żeby się uspokoić i wyżalić. Od kiedy takie stworzenia latają na luzie po ulicy...

 Chyba ją zatkało, bo przez długi czas nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 

Spoważniałam i wzięłam łyk jeszcze gorącej herbaty.

-Laura...co wy brałyście?- Spytała cicho i pokręciła głową z politowaniem- Przecież Gargulce nie istnieją.

-Istnieją...sama widziałam i o mało mnie nie zabił! Wierz, albo nie, ale musiałam się z tobą tym podzielić. Ten skurczybyk nawet ławkę w parku rozwalił! 

Do salonu wbiegł mały mops Elwirki najwyraźniej obudzony przez naszą dyskusję. Na widok mojej osoby radośnie skakał i wywijał swoim krótkim ogonkiem. Bez wahania wzięłam go na ręce i zaczęłam drapać za uszkiem. Zwierzę zadowolone z rozwoju sytuacji, w podzięce lizało moją rękę.

-Może wam się wydawało...- Patrzyła na mnie z wyraźną bezradnością, jakby nie mogła znaleźć argumentów, które utwierdziłyby mnie w przekonaniu, że zwariowałam.- Po prostu chodźmy w miejsce, gdzie to się stało. 

Nie musiała mnie dłużej przekonywać.

 Włożyłyśmy buty, zabrałyśmy pieska i poszłyśmy w miejsce wczorajszej potyczki. Zadowolona z siebie pokazałam jej miejsce, w którym stała ławka. Słuchała mojej opowieści ze szczegółami i miałam wrażenie, że coś ją niepokoi. Patrzyła się na mnie niewidzącym wzrokiem i potakiwała na każde moje słowo.

-Elwira wszystko w porządku?- Spytałam i szturchnęłam ją w ramie. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

Wzdrygnęła się i spojrzała mi w oczy.

-Taaaak...tylko wiesz...to trochę dziwna sprawa. A Daria jest na sto procent pewna, że jeszcze kogoś tam widziała? 

Przytaknęłam, a ona przymknęła oczy i westchnęła ciężko.

- Naprawdę dziwna sprawa.                              


niedziela, 2 listopada 2014

Gargulec

,,Życie jest wspaniałe , lecz krótkie i chwiejne. Świat od zawsze był bezwzględny, ale obfitował tez w niezwykłe piękno. Chodź byś nie wiadomo jak się starał, nigdy nie odkryjesz tajemnic, które chowa ten Wszechświat, bo nie tylko ludzie żyją na tym świecie. Oceany i Ziemia nie zostały do końca odkryte.

Pytanie...z kim jeszcze swój Dom dzieli człowiek?
Tyle pytań, na które prawdopodobnie nigdy nie uzyskasz odpowiedzi...wiemy tyle, co nic"-pomyślałam siedząc spokojnie na ławce przy placu zabaw i patrząc w niebo z nostalgią w oczach. Zaczęły się wakacje więc w okolicy roiło się od dzieci i młodzieży, mimo że już dawno Słońce schowało się za horyzontem, a piecze nad niebem przejął Księżyc. Radosne chichoty dzieciaków bawiących się na placu zabaw w policjantów i złodziei, nie wyrywały mnie z rozmyślań. Mam 25 lat na karku, studiuje bardzo powszechny kierunek, czyli psychologię. Ta dziedzina nauki jest dla mnie bardzo fascynująca. Od zawsze byłam typem obserwatorki, przyglądając się zachowaniom ludzi, ich podejściem do siebie nawzajem, ale sama nie byłam zbytnio towarzyska. Życie nauczyło mnie, że ludzie są okrutni i trzeba być przy nich ostrożniejszym bardziej niż przy rozjudzonym jadowitym wężu. Nie raz ubolewałam nad tym, że boję się ludzi, ale nie mogłam zmienić się od tak. Wiedziałam, że omija mnie przez to bardzo wiele, ale nie mogłam nic zrobić. Od zawsze bujałam w obłokach i nie czułam się jak normalna mieszkanka Ziemi...
Samotna wśród tłumu...czułam się tak od kiedy sięgam pamięcią. Moje dzieciństwo nie było zbyt kolorowe. Już jako mała dziewczynka zamieszkując swój dom rodzinny i obserwując rodziców wiedziałam, że kiedyś się rozstaną. Kłócili się na potęgę. Moja wrażliwa natura nie mogła tego znieść. Nastoletni wiek, hormony oraz przytłaczająca atmosfera w domu robiły swoje. Bywałam nerwowa, wybuchowa i bardzo łatwo było mnie zdenerwować...
Skończyłam liceum, powoli kończę studia i wreszcie czuję się szczęśliwa. Znalazłam sens w swoim życiu, co było dla mnie bardzo dobrym znakiem. Rozpoczęłam nowy rozdział w swoim życiu. Jako psycholog będę pracować z ludźmi, co bardzo mnie cieszyło. Dorosła osoba z silną chęcią pomocy może zdziałać dużo. Zwłaszcza, że byłam w tym dobra. Tak! Była to jedyna rzecz w moim życiu która w miarę mi wychodziła!
Nie byłam do końca samotniczką. Miałam kilka koleżanek i przyjaciółkę, na którą właśnie czekałam...oczywiście musiała się spóźnić. Złapałam za torebkę i zaczęłam grzebać w niej nerwowo. Po minucie poszukiwań (tak to jest z kobiecymi torebkami), wreszcie znalazłam czekoladę i kupony na zniżkę do Sushi Baru.
Rozpoczęcie wakacji było dla mnie zbawczym odpoczynkiem od nauki...nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że moje życie stanie do góry nogami i nie raz otrę się o śmierć. Miałam masę planów związanych z wyjazdami, lecz los wybrał dla mnie inne ścieżki.
Ta noc zmieni wszystko...
Otworzyłam czekoladę i zaczęłam powoli jeść, rozkoszując się roztapiającą w moich ustach kostką czekolady, gdy nagle poczułam jak ktoś opiera się o moje plecy i przytula mnie od tyłu. Na mojej twarzy momentalnie zagościł uśmiech.
Odwróciłam się.
Przede mną stała wysoka, szczupła i czarnowłosa kobieta ze spiętymi włosami i pięknymi ciemnobrązowymi oczyma. Ubrana była w białą tunikę i czarne legginsy. To była moja przyjaciółka Daria. Jedyna osoba na tym świecie, która była w stanie mnie zrozumieć. Przyjaźniłyśmy się już czternaście lat i nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby zakończyć tą przyjaźń, bo była najszczersza i najczystsza jaką kiedykolwiek odczuwałam. Myślałyśmy podobnie i miałyśmy podobne spojrzenie na świat, przez co odkąd sięgam pamięcią, nazywałyśmy siebie siostrami. Wspierałyśmy się nawzajem w najgorszych momentach naszego życia i wytrwałyśmy. Miałyśmy dosyć ograniczeń i wreszcie zostały one w większości skrócone. Każdy dorosły, którego spotkałam w swoim życiu jako nastoletnia dziewczyna przekonywał mnie, że nastoletni wiek łącznie z dzieciństwem, to najpiękniejszy okres w życiu człowieka. Obie byłyśmy innego zdania, bo dopiero teraz, kiedy mamy obie na karku po dwadzieścia pięć lat zaczęłyśmy się bawić i korzystać z życia.
-No, Laura! Wstawaj i idziemy na przystanek. Przepraszam za spóźnienie, ale ten chłopak, któremu daje korepetycje z angielskiego nie mógł się dzisiaj skupić i zostałam trochę dłużej. Grunt, że na autobus się nie spóźnimy!
Wstałam i udałyśmy się na autobus, szczęśliwie przychodząc w ostatniej chwili. Skasowałyśmy wcześniej kupione bilety i zajęłyśmy wolne miejsca.
Można powiedzieć, że nawet poszczęściło nam się w życiu. Daria uczyła w jednej z najlepszych szkół językowych w Warszawie języka angielskiego i japońskiego, a ja byłam instruktorką Krav Magi- Izraelskiej sztuki walki, która polegała na najskuteczniejszym i najszybszym obezwładnieniu przeciwnika. Poza psychologią przyjemność sprawiał mi także wysiłek fizyczny, a do sportu przekonałam się już w pierwszej klasie liceum, jako że chodziłam do klasy o profilu mundurowym. Z perspektywy czasu dziękuję losowi, że wybrałam sobie takie hobby, gdyż BARDZO przydało mi się to w przyszłości. Dobrze się przy tym bawiłam, aż w końcu dostałam propozycję pracy i NIE NARZEKAM NA MAŁĄ PENSJĘ!
   Ledwo się obejrzałyśmy, a już byłyśmy na miejscu. Od wynajmowanego przez nas mieszkania nie było daleko do centrum. Przez całą drogę Daria opowiadała mi o swojej grupie, której uczyła japońskiego, zachwycając się, że uczniowie są pojętni i szybko się uczą. Kilka razy chciałam zmienić temat, ale kiedy już się rozgada, nie sposób zejść z tematu, który podejmie.
 Wyszłyśmy z autobusu i odetchnęłam powietrzem pełnym spalin.
  Uwielbiałam noce. Warszawa w dzień także miała swój urok, lecz najpiękniejsza była w nocy. Mimo, że mój zegarek w telefonie wskazywał 21 godzinę, miasto wciąż tętniło życiem, a imprezy w klubach dopiero się zaczynały. To miasto jest idealne dla osób, które lubią prowadzić nocny tryb życia.
 Pociągnęłam za sobą Darię i uśmiechnęłam się do siebie.
-Wiesz...napiłabym się trochę sake. Dwa kieliszki raczej nie zaszkodzą, nie?
-Tylko mi się tu nie upij. Nie zamierzam potem taszczyć cię na barana, aż do domu- skarciła mnie żartobliwie.
Widać było, że wypad na sushi sprawia jej niemałą frajdę. Skoro interesowała się kulturą Azjatycką, to miała także słabość do takiego typu kuchni. Zawsze powtarzała mi, że jest mentalnie Japonką, lecz jakie było moje zdziwienie, kiedy bardzo szybko opanowała ten język.
-Gdzie jedziemy na wakacje?- zarzuciłam znienacka ten temat, ze względu na sporą sumę pieniędzy, którą nazbierałyśmy oszczędzając pieniądze.
- Najlepiej do Japonii- skwitowała i widać było, że mówi poważnie. Ją studia medyczne też strasznie męczyły.
 Zaśmiałam się.
-Co jak co, ale taki wyjazd byłby dla nas zbyt luksusowy. Nie mamy tyle kasy...jak na ta chwilę jestem głodna- jęknęłam widząc nasz cel. Klub, w którym podawane było sushi- chodź! ^^
  Mijając jeszcze niewielki tłok, który dalej panował na ulicach Warszawy, doszłyśmy do klubu. Z głośników wydobywał się jakiś dobry remix, a ludzie tańczyli na parkiecie, co jakiś czas spoczywając i rozkoszując się drinkami, które słynęły ze swojego smaku oraz wysokich procentów.
 Przepchałyśmy się przez wirujący na parkiecie tłum i podeszłyśmy do baru. Tam za ladą stał wysoki i przystojny brązowowłosy mężczyzna. Przyrządzał drinka jakiejś kobiecie stojącej obok i na nasz widok uśmiechnął się lekko.
-Cześć Patryk!-krzyknęłyśmy we dwie i gdyby nie lada, która nas dzieliła, rzuciłybyśmy się mu na szyję.
- Wy nigdy nie dorośniecie- mruknął z udawanym oburzeniem i szturchnął mnie w ramie.
 Patryk był naszym dobrym przyjacielem z gimnazjum. Po liceum kontakt nam się urwał, ale tydzień temu spotkałam go na ulicy biegnąc z gorącą kawą z Mc Donalda. Oczywiście kawa wylądowała na jego schludnie uprasowanej koszuli i gdyby nie ten charakterystyczny grymas, który wymalował się wtedy na jego twarzy, nigdy bym go nie poznała. Zmienił się nie do poznania.
- I jak ci się interes kręci?- spytałam i oparłam brodę na rękach przyglądając się mu.
 Wzruszył ramionami.
- Dobrze jest. Coraz więcej klientów się tu kręci. Albo to przez nowego DJ'a, albo przez sushi, które wprowadziłem do menu.
 Wsłuchałam się w muzykę...rzeczywiście była niezła.
Daria złożyła zamówienie dając mu kupony zniżkowe, a ja przez cały czas słuchałam prowadzonej przez nich konwersacji.
Wspominaliśmy gimnazjum. Czasy, kiedy byliśmy w jednej klasie i stanowiliśmy jedną paczkę.
Rozmowa ciągnęła się bez końca i z czasem robiliśmy się coraz weselsi i rozchichotani. Nie ma to jak wspomnienia pięknych chwil. Patryk wspominał wszystkie nasze odpały, a my śmiałyśmy się z niego i dodawałyśmy do rozmowy coraz to nowe przeżycia. Minęło trzynaście lat a on potrafił rozbawić jak za starych dobrych czasów. Muzyka, jedzenie i towarzystwo przyjaciół sprawiło, że wyluzowałam się jak nigdy. Po dłuższym czasie cała nasza trójka zrobiła się zmęczona, ale nasze towarzystwo wraz nas bawiło. Tematy do rozmowy powoli zaczęły się kończyć i Patryk zszedł na mniej przyjemną ścieżkę do rozmowy.
-Macie pieniądze na taksówkę?
-A czemu pytasz?- spytałam, a moje oczy powoli się zamykały.
- Warszawa w nocy nie jest zbytnio bezpieczna, zwłaszcza że ostatnio wiele ludzi ginie bez śladu.
Od razu ożywiłyśmy się trochę i spoważniałyśmy patrząc na niego pytającym wzrokiem.
-Najwidoczniej nie jesteśmy na bieżąco- szepnęłam, a mina Darii zrzedła automatycznie.
Patryk westchnął i nalał sobie szklankę wody.
-Kilka osób policja odnalazła. Nie wypowiadali się za dużo na ten temat, ale podobno znalezieni byli w opłakanym stanie. Uważajcie na siebie, jasne?
 Widać, że nie żartował i miał minę, jakby chciał spuścić nam łomot w razie, jakbyśmy nie zamierzały go posłuchać.
-Laura zbieramy się- mruknęła Daria, pożegnałyśmy Patryka, który miał zostać na nocnej zmianie...nie miałyśmy pieniędzy na taksówkę.
 Na ulicy było już mniej osób, co sprawiało, że czułam ścigający nas cień grozy. W torebce trzymałam nóż wojskowy i gaz pieprzowy, ale w razie jakiegoś gangu takie uzbrojenie mogłoby nie wystarczyć. Byłam zdana na swoje lata nauki.
-Oj nie ma sensu panikować. Jeżdżą patrole nic złego nam się nie stanie- zaśmiałam się, starając potraktować tą całą sytuacje jak zabawę. Darii dałam gaz pieprzowy, a sama wzięłam do ręki nóż.
Przyspieszyłyśmy kroku.
-Spokoojnie! Nim się obejrzymy, już będziemy w domu ^^-dodałam, starając się uspokoić także zirytowaną Darię.
 Odgłosy miasta powoli cichły za naszymi plecami, a noc jak noc...była oszałamiająco piękna. Zwłaszcza, że niebo było w miarę czyste, a Księżyc hipnotyzował swoim pięknem.
 Uśmiechnęłam się i w moje serce wlała się zbawcza dawka pewności siebie.
-Chodźmy szybciej, bo nas jeszcze Slenderman złapie!- zawołałam i szturchnęłam przyjaciółkę w ramię.
-Albo chirurg psychopata, który zrobi z nas ludzką stonogę!
 Szybko uspokoiłyśmy się i jak to miałyśmy w zwyczaju, szybko zapomniałyśmy o przestrogach Patryka. W mgnieniu oka byłyśmy już w połowie drogi do domu. Nie spotkałyśmy ani Slendermanów, ani zbzikowanych chirurgów.
Przycupnęłyśmy na chwilę na ławce przy parku i obie zaczęłyśmy ze spokojem przyglądać się gwiazdom.
-Chciałabym uciec gdzieś daleko i odkrywać nieodkryte- powiedziała ni z tego ni z owego rozmarzona Daria- świat chyli się ku upadkowi. Ludzkość staje się coraz okrutniejsza wobec siebie. Wszyscy umieramy wewnętrznie. Co prawda jest ratunek, ale nie każdy z niego skorzysta.
-mhmmm...-mruknęłam. Uwielbiałam konwersować na temat takich głębokich refleksji, lecz coś nam przerwało...
   Usłyszałyśmy za sobą głośny szum skrzydeł...to na pewno nie był ptak. Odwróciłyśmy się i w pierwszej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy oszalałam, czy może mam jakieś halucynacje ze zmęczenia. Nasze oczy zaszczyciło dziwne, może trzymetrowe zwierzę...nie. Nie wiedziałam nawet, czy można było nazwać to zwierzęciem. Było całe szare i miało małpią budowę, ale na grzbiecie królowały rozłożone nietoperze skrzydła, a pysk miał niezwykle szpetny. Rogi na głowie miał czarne i ogromne...byłam w szoku i uczucie przerażenia owładnęło mną do reszty. Owe stworzenie wyglądało jak Gargulec...czyli one istniały?
 Stworzenie wpatrywało się w nas swoimi wielkimi czerwonymi pełnymi inteligencji i mordu ślepiami. Z jego gardła wydobyło się głośne warknięcie i Gargulec zaczął biec w naszą stronę.
 Pisnęłyśmy z przerażeniem i rzuciłyśmy się na boki, a rozpędzone stworzenie starło w drobny mak drewnianą ławeczkę. Zatoczył koło wokół nas kłapiąc ostrymi zębami i obrał sobie za cel równie roztrzęsioną Darię. Natarł na nią, ale ona mimo tej szokującej sytuacji zachowała trzeźwość umysłu i prysnęła potworowi w oczy gazem pieprzowym. Korzystając z sytuacji rzuciłam się na zdezorientowanego Gargulca, zawisłam na jego rogu i szybko wydłubałam mu oczy. Kopiąc go, wiedziałam że postąpiłam dobrze. Był cały z kamienia, a oczy były jego jedynym słabym punktem, o którym było nam wiadomo. Przerażone rzuciłyśmy się do ucieczki. Opętane przerażeniem, dużą dawką adrenaliny i pragnieniem powrotu do domu, w mgnieniu oka pokonałyśmy resztę drogi i wbiegłyśmy do domu zamykając go na cztery spusty. Wycieńczona upadłam na podłogę i spojrzałam na Darię, która siadła na kanapie i patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.
-Co ci jest?-spytałam starając się złapać oddech. Podeszłam do niej i pomachałam jej ręką przed twarzą- DARIA!
 Spojrzała mi w oczy.
-Laura...tam był ktoś jeszcze...
-Kto do jasnej cholery.
 Nie widziałam tam nikogo oprócz tego potwora i chciałam uwierzyć, że to tylko pełen wrażeń sen. Gargulec w środku miasta? Tak blisko ludzi?
-Jakaś postać-szepnęła, a głos coraz bardziej jej się łamał-kiedy uciekałyśmy spojrzałam się przez ramię, żeby spojrzeć na to stworzenie ostatni raz. Jakaś czarna postać głaskała tego potwora i patrzyła prosto na nas!- krzyknęła i w jej oczach pojawiły się łzy zdenerwowania.
Patrzyłam na jej łzy i nie byłam w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. To nie był sen na jawie. Nie mogłam odrzucić tego w zapomnienie. To stało się naprawdę.
 I od tego czasu zaczęły się moje kłopoty.