sobota, 22 listopada 2014

Rozdział II

 Następnego dnia obudziłam się ledwo przytomna i pełna obaw. Promienie Słońca przebijające się przez żaluzje pieściły moją twarz, a ja zaczęłam rozmyślać nad swoim stanem zdrowia psychicznego. Musiałam być zdrowa. Daria przecież uczestniczyła w tamtym wydarzeniu tak samo jak ja i o mało nie straciła życia. 

-Psycholog nie ma prawa świrować-szepnęłam do siebie i starałam się poukładać to w logiczną całość. Jeśli chodzi o zjawiska nadprzyrodzone, byłam do nich neutralnie nastawiona. Wszystko da się jakoś logicznie wytłumaczyć, ale bywają wyjątki. Osobiście wierzyłam w Anioły i Boga, ale wczorajsze starcie z gargulcem całkowicie zbiło mnie z tropu. Ten incydent nie dawał mi spokoju i zastanawiałam się nad wiarygodnością słów Darii dotyczących owej postaci głaskającej martwego potwora. Miałam nadzieję, że moja przyjaciółka była zbyt przestraszona i pod wpływem silnych emocji zaczęła mieć zwidy. 

,,Tak...ta postać mogła być tylko złudzeniem, a martwy gargulec zostanie zauważony i szybko sprzątnięty z miejsca zbrodni."- pomyślałam dodając sobie otuchy. Nie miałam przecież czym się niepokoić. Zabiłyśmy to, bo nas zaatakowało. Normalny odruch obronny i nie miałam żadnych wyrzutów sumienia. Wstałam z łóżka i rozbudzona rozmyślaniami udałam się do łazienki i spojrzałam w lustro. Wczorajsza noc odbiła się nie tylko na moim samopoczuciu, ale i na twarzy. Pod zielonymi oczami miałam wielkie wory, byłam blada jak ściana, a moje ciemnobrązowe włosy wyglądały jak poczochrana znoszona peruka. Szybko doprowadziłam się do porządku i pobiegłam do kuchni, aby coś przekąsić. W lodówce stała Nutella i wczorajszy obiad. Widząc te pyszności poczułam rozpaczliwe burczenie w żołądku. Powoli zabrałam się do jedzenia i odgarnęłam z oczu długą grzywkę. Daria już dawno pojechała do swojej pracy, a ja miałam dzisiaj wolne. Chciałam się komuś wyżalić z wczorajszego zdarzenia, ale bałam się, że owa osoba mnie wyśmieje i szybko zmieni temat. Pełna nadziei na zrozumienie włożyłam talerz do zmywarki i wyszłam z domu. Mogłam być tylko pewna jednego- osoba, do której się udam, NA PEWNO poprawi mi humor.

***********************************

  W jednym z wynajętych apartamentów w centrum Warszawy oszałamiająco piękna kobieta o blond włosach paliła Malboro, a narastający w niej gniew sprawiał, że te piękne oczy, których była szczęśliwą posiadaczką żarzyły się głęboką czerwienią. Jeszcze żaden człowiek nie zaszedł jej tak za skórę. Była naprawdę wściekła i rozmyślała nad okrutną i bolesną zemstą. Ludzie byli dla niej żałosnymi plugawymi robakami niemającymi prawa bytu. Brzydziła się nimi niesamowicie, ale intrygi, którymi niszczyła im życie sprawiały jej ogromną rozkosz i satysfakcję. Czuła się jak nietykalna królowa świata, która w każdej chwili może go obalić i zasiać w nim niepokój oraz chaos. Miała wrażenie, że niebawem ona i jej towarzysze przejmą kontrolę nad ludźmi i zrobią z nich prawdziwych niewolników. Przecież człowiek jest taki słaby i żałosny...grzeszy wiedząc co jest dobre, a co złe, wypiera się wszystkich zasad moralnych i niszczy swoje własne życie dobrowolnie wpadając w pajęczynę zguby niczym bezmyślna mucha, a wtedy jest zależny od swojego największego wroga, który oczywiście nie okazuję ani krztyny litości. Porównywała ludzi do owadów, które ślepo lecą do światła, nie zważając na to, że w końcu się spalą. Śmieszyło ją to, że nie uczą się na błędach i z satysfakcją patrzyła na tą głupią rasę, która od wieków sama sobie szkodzi. Niestety bywają wyjątki...są to ludzie, których bardzo ciężko zwerbować na złą stronę mocy. Mają szlachetne, czyste dusze pełne miłości i ciepła wobec innych. Na samo wspomnienie odczucia aury morderczyń jej zwierzątka, aż wzdrygnęła się z obrzydzenia i poczuła znów podnoszące się ciśnienie złości w jej czarnym przeklętym sercu. Prychnęła ze złością i zgniotła papierosa w popielniczce. Zwierzątko owej kobiety podjudzone obecnością ludzi przed parkiem, aż powiększyło się o 2 metry, ale i wielkość nie dała rady w obliczu odwagi ludzkiej... Albo nieludzkiej. Wiedziała też, że i na anioły w ludzkiej skórze były sposoby. Wystarczyło wyniszczyć ich wewnętrznie, używając innych ludzi jako marionetki. Słowa bolą bardziej niż czyny. Uśmiechnęła się do siebie złowieszczo i z czarnej skórzanej torebki wyjęła telefon, aby wykręcić numer do swoich towarzyszy.

- Pokażę tym żałosnym robakom, gdzie ich miejsce - Szepnęła jadowitym od nienawiści głosem. Skonsultowała się błyskawicznie z liderami oddziałów i poprosiła o spotkanie. Trzeba było tylko znaleźć ofiary i zasiać w ich sercach strach. Była w tym mistrzynią (przynajmniej tak jej się wydawało, gdyż cierpiała na powszechną wśród jej rasy przypadłość zwaną wygórowanym ego).  Ciekawa tożsamości kobiet, które uśmierciły jej pupilka, wstała i szybko wyszła z domu kierując się do miejsca zbrodni. Wiedziała, że towarzysze namierzą ją i będą chcieli poznać jak najwięcej szczegółów z tamtego zdarzenia. Starała się wytężyć pamięć i opisać wszystko jak najlepiej umiała. Idąc w stronę parku intensywnie rozmyślała nad silną energią, którą odczuła w towarzystwie tych ludzkich pomiotów.

,,To nie było normalne... Żadna istota nie kumuluje w sobie czegoś takiego. Trzeba porozmawiać o tym z szefem."-pomyślała i spojrzała przelotnie na swój apartament, który był już w oddali.  

Przełknęła ślinę.

 Wiedziała, że jeśli to wszystko nie jest warte uwagi jej przełożonego, może zarobić za to niezły łomot. Szefa nie można było niepokoić z byle powodu, ponieważ miał mnóstwo spraw na głowie, które często wprowadzały go w silne rozdrażnienie.

 Gdy pojawiła się na miejscu, westchnęła ciężko i nerwowym ruchem sięgnęła po papierosa. Odgarnęła włosy, które pod wpływem wiatru nachodziły jej na twarz i zaciągnęła się dymem, który codziennie truł miliardy osób. Zastanawiała się co zrobić, aby jej przełożony nie dostał szału, gdyby interwencja stałaby się według niego niepotrzebna, ale nie miała żadnego wyjścia z tej sytuacji. Musiała iść na żywioł. 

Nikotyna palona przez kobietę, źle wpływała na demony. Głównymi objawami jej działalności było szwankowanie szóstego zmysłu i hamowanie prawidłowego funkcjonowania mózgu. Mimo tych obrzydliwych skutków ubocznych nie kwapiła się, aby rzucić palenie dla własnego dobra. Trwała w przekonaniu, że mimo wszystko jest najlepsza w swoim oddziale i szef niedługo mianuje ją liderką.

  Uśmiechnęła się dumnie, lecz mina natychmiastowo jej zrzedła, kiedy poczuła za sobą znajomą aurę.

- Już z rana zaliczasz papieroski, Gimikis? Od kiedy sto lat temu opuściliśmy nasz dom mogę sobie dać rękę uciąć, że strasznie... Zczłowieczałaś. - Usłyszała za sobą rozbawiony głos. - I my mamy brać twoje interwencje na poważnie? Na pięknej buzi kobiety pojawił się grymas nienawiści. Jako pierwszy przybył jej największy konkurent. Lider oddziału Beta, który ostatnimi czasy zyskał spory szacunek u szefa. Za każdym razem, kiedy słyszała jego irytujący głos jej jedynym pragnieniem było otrzymanie awansu i pokazanie mu, kto tu rządzi. Od kiedy pamięta rywalizowała z nim w wielu sprawach, a ilości potyczek przez które przeszli, sprawiły że znienawidzili się do szpiku kości. Cała rywalizacja zdawała się nie mieć końca. Oboje byli potężni, wpływowi i szanowani, ale kiedy Gimikis wpadła w powszechny u ludzi nałóg, jej kariera w każdej chwili mogła legnąć w gruzach, co bardzo cieszyło owego demona. 

Złotowłosa odwróciła się i szybkim ruchem zgasiła papierosa w kałuży powstałej pod wpływem porannego deszczu.

-To nie twój interes James. Oboje wiemy, że i tak nie dorastasz mi do pięt. - syknęła i już miała siadać na ławce, gdy przypomniała sobie, że została rozwalona przez jej świętej pamięci Kremplinka. James wyszczerzył swoje śnieżnobiałe zęby i zaśmiał się cicho. Był przystojnym mężczyzną o brązowych krótkich włosach, czarnych jak sklepienie nocne oczach i latynoskiej cerze. Znany był wśród ich szerokiej społeczności jako demon skazany na sukces, co denerwowało Gimikis i chciała dobić go raz a dobrze.

- Dlaczego fatygujesz w to miejsce nasze szanowne towarzystwo moja droga? Jakieś dwa żałosne ludziki zabiły twojego zwierzaka, a ty najwyraźniej histeryzujesz i zamierzasz uraczyć nas mową pogrzebową na jego cześć, jak dobrze rozumiem?- Spytał ironicznie i zgromadzenie, które przed chwilą przybyło na miejsce spotkania wybuchło śmiechem. 

Oczy Gimikis zabłysły z wściekłości i rozejrzała się po demonach, które zaszczyciły ją swoją obecnością. Liderzy Omega i Gamma oraz ich towarzysze. Zacisnęła zęby i starała się opanować emocje. Pocieszał ją fakt, że z jakiegoś powodu nie było wśród nich Szefa i nie słuchał tych obrzydliwych docinek Jamesa. Będzie robił wszystko, żeby upokorzyć ją jak najmocniej się da, gdyż rzadko była ku temu okazja. Postanowiła ignorować jego złośliwe zachowanie i odbić piłeczkę.

- Ostatnimi czasy to miasto nie jest chronione jak kiedyś, więc wszyscy możemy pozwolić sobie na większą działalność, jednakże wczoraj doszło do incydentu, który mnie zaniepokoił. Wyszłam na spacer z moim gargulcem, ale oddaliłam się na chwilę, a zwierzę zaatakowało dwie ludzkie kobiety. Jakimś cudem mój pupilek został przez nie zabity, obserwowałam to z ukrycia, bo aura, którą miały w sobie obie napastniczki była bardzo interesująca. Nie przypominała ani ludzkiej ani Anielskiej. 

Nim zdążyła powiedzieć o swoich przypuszczeniach po towarzystwie rozlała się fala szeptów pełnych przejęcia i obaw. James skrzywił się i mruknął coś pod nosem z niezadowoleniem. Uważał Gimikis za idiotkę, która zrobi wszystko, aby tylko się wybić. Nawet jeśli coś takiego zdarzyło się wczorajszej nocy, mógł zbagatelizować sprawę jednym mocnym argumentem.

- Gimikis, nie rób z nas idiotów przecież każdy wie, że zwierzę takie jak gargulec poradziłoby sobie nawet z pięcioma ludzikami. Albo robisz nas w konia, albo ten ludzki żałosny nałóg miesza ci w głowie - Odparł, a reszcie demonów dało to porządnie do myślenia. - To musiały być jakieś Anioły. Daj sobie spokój i nie fatyguj nas z byle powodu. Może liczysz, że będziemy szukać sprawców i pomścimy twojego Kremplinka? Na tak osobiste odruchy uczuciowe nie ma miejsca w tej służbie i dobrze o tym wiesz.

- To byli ludzie i jestem tego zupełnie pewna! Anioły nie broniłyby się przed nim nożykiem i gazem pieprzowym! Po zabiciu Kremplinka uciekły o mało nie potykając się o własne nogi. Strażnicy ludzkich dusz postąpiliby inaczej, więc ukróć te dziecinne docinki wobec mnie i zrozum, że nasi wrogowie organizują sobie posiłki! - Warknęła uciszając tym skutecznie pewnego zwycięstwa rywala. - Musimy zniszczyć wybranych ludzi w zarodku nim wzniosą się jako Anioły. Proponuję zwiększyć czujność i rozstawić patrole również na obrzeżach miasta. Czuję, że niebawem może rozpocząć się prawdziwa bitwa. Bądźcie czujni i nie upokarzajcie się nawzajem jak niektórzy... - spojrzała znacząco na Jamesa, którego oczy zabłysły wściekłością. Zgromadzenie patrzyło na Gimikis z dużym uznaniem, a ona rzuciła przelotnie triumfalne spojrzenie swojemu rywalowi.

- A więc dobrze! - Zawołała liderka oddziału Gamma i spojrzała na Jamesa. - To poważna sprawa. Musimy się zmobilizować i zdać raport Szefowi. Nasza sielanka może się szybko skończyć. Bądźmy czujni i bardziej bezlitośni niż zwykle, a ty moja droga... - Spojrzała na blondwłosą kobietę i uśmiechnęła się. - Rzuć palenie, bo niedługo może być z ciebie bardzo obiecująca liderka. Chyba możemy już zakończyć posiedzenie? Wszyscy mamy masę spraw na głowie. 

Demony w mgnieniu oka rozeszły się rozpływając w ogniu, który na pstryknięcie palca okalał ich ciała. 

Została tylko ona. 

Pokonany James nie miał jej już nic do powiedzenia i zniknął razem z innymi.

,,Cudownie! Dzięki dwóm ludzkim ścierwom mam szanse awansować! Teraz tylko trzeba przeprowadzić zamach na ich życie zanim przemiana dobiegnie końca..."- Pomyślała i zadowolona z siebie ruszyła w stronę swojego domu, a jej ego osiągnęło niebywałych rozmiarów. Czuła, że w końcu będzie mogła zabawić się jak nigdy dotąd...o ile nikt jej nie przeszkodzi.  

********************

Po drodze do osoby, która mogłaby szybko poprawić mój zniszczony od wczoraj humor, zakupiłam w małym sklepiku dwie paczki moich ulubionych ciasteczek i dużą paczkę chipsów. Podczas jedzenia zawsze łatwiej było mi zbierać myśli zwłaszcza, jeśli rozmawiałam na dość skomplikowane tematy. Słodycze chodź w minimalnym stopniu uspokajają mój umysł i pozwalają się wyciszyć. Nie mogąc się powstrzymać przed pragnieniem spożycia dużej dawki cukru, otworzyłam paczkę ciasteczek. Rozkoszując się ich smakiem weszłam na teren bardzo eleganckiej posesji ogrodzonej białą bramą. Wpisałam kod dostępu i szybko weszłam na szeroko otwartą klatkę schodową. 

Budynki mieszkalne w tym miejscu, były bardzo schludne oraz nowoczesne. Mieszkanie w takim miejscu na pewno było drogie i czasem zastanawiałam się skąd moja dobra koleżanka ma pieniądze na taki luksus. Zawsze marzyłam o mieszkaniu na ogrodzonym terenie, ale zwykle moje marzenia spełniały się innym ludziom. Jako dziecko mieszkałam w przepięknym malowniczym Lublinie, lecz pragnienie rozpoczęcia ciekawego i lepszego życia, zmusiło mnie do opuszczenia mojej małej Ojczyzny. Nie sądziłam, że wiele dobrych znajomych, których znałam dotychczas, zrobi identycznie. Widywałyśmy się dosyć rzadko, ze względu na zabieganie i pracę, ale kiedy przychodziła ku temu okazja, potrafiłyśmy rozmawiać całą noc przy dobrym winie i przekąskach. 

Nigdy nie mówiła mi gdzie pracuje. Nie wiedziałam czy jej przeszkodzę, ale zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam dzwonkiem, wpychając do ust kolejne ciastko. Poczucie samotności powoli znikało, a rozwiało się całkowicie, kiedy drzwi otworzyła mi Elwira- drobnej postury kobieta o oczach mieniących się różnymi odcieniami i długimi ciemnoblond włosami, które od wielu lat sięgały jej do bioder. Widać było, że humor jej dzisiaj mocno sprzyjał. Oczy błyszczące od pełni życia i lekkie rumieńce radości potwierdzały moje spostrzeżenie. Ubrana była w białą sukienkę z koronką przy dekolcie oraz czarną wstążeczką zawiązaną w pasie. Miało się wrażenie, że zamierza dziś świętować jakiś osobisty sukces. Trochę zdziwił mnie fakt, że zastałam ją w domu o tej porze. Praca, której się podjęła na pewno nie była byle jaka, skoro była w posiadaniu takiego ładnego mieszkania. Po jej minie było widać, że jest lekko zaskoczona moją wizytą, ale najwyraźniej jej to nie przeszkadzało, bo uśmiechnęła się i bez słowa otworzyła szerzej drzwi, gestem zapraszając mnie do siebie.

-Cześć Laura! Co cię do mnie sprowadza tak wcześnie? Nie powinnaś być dzisiaj w pracy? Ucieszona, że jednak nie zastałam pustego domu uścisnęłam ją serdecznie i zamknęłam za sobą drzwi.

-Chciałam wpaść i porozmawiać. Gdyby cie nie było, zajrzałabym do Patryka.

 Podałam jej siatkę ze słodyczami i zdjęłam buty, aby za chwilę udać się do salonu. Spoczęłam na fotelu obitym czerwonym miękkim materiałem i spojrzałam jej w oczy. Elwira była osobą, która miała w sobie mnóstwo empatii i zrozumienia. Po moim wzroku i zachowaniu od razu zauważyła, że coś jest nie tak.

-Co ci jest? Chyba nie przeskrobałaś nic poważnego?- Spytała i bez słowa poszła do kuchni zaparzyć herbaty.

Mieszkanie miało wystrój jak ze snu. Biały miękki dywan zdobił całą powierzchnię podłogi salonu, a białe ściany pokrywały artystyczne wzory o kolorze turkusowym. Naprzeciwko fotela i kanapy stała wielka plazma, a obok niej wieża do słuchania muzyki. Na drugim końcu pokoju królowała mini biblioteczka bogata w książki kryminalne, horrory i science fiction. 

Uniosłam wzrok do góry i zagapiłam się na wielki kryształowy żyrandol mieniący się w słońcu kolorami tęczy. Zastanawiałam się nad całą wczorajszą sytuacją, ale spokój, który panował w domu kumpeli sprawił, że przestałam się tym mocno przejmować.

,,Nic złego się nie stanie...będzie tylko lepiej i nic nie zniszczy mojego prawie idealnego życia"-pomyślałam i zaśmiałam się głośno. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie ma się czego bać. Nic mnie już nie zaatakuje i mogę spokojnie żyć dalej. Rozbawiła mnie moja własna głupota.

-Z czego się śmiejesz?- Spytała Elwirka, przynosząc herbatę i ciasteczka na tacy. Siadła obok mnie na kanapie przyglądając mi się ze spokojem.

 Uśmiechnęłam się głupawo i przeczesałam niesforne włosy na lewą stronę.

-Zaatakował mnie Gargulec!- Krzyknęłam i zatkałam usta, aby powstrzymać śmiech- Wczoraj w nocy wracałam z Darią od Patryka i zaatakował nas kamienny stwór. Wyglądał jakby się z piekła urwał. Zabiłyśmy go i uciekłyśmy. Do tej pory mam lekkie ciarki na plecach jak o tym pomyślę. Przyszłam do ciebie, żeby się uspokoić i wyżalić. Od kiedy takie stworzenia latają na luzie po ulicy...

 Chyba ją zatkało, bo przez długi czas nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 

Spoważniałam i wzięłam łyk jeszcze gorącej herbaty.

-Laura...co wy brałyście?- Spytała cicho i pokręciła głową z politowaniem- Przecież Gargulce nie istnieją.

-Istnieją...sama widziałam i o mało mnie nie zabił! Wierz, albo nie, ale musiałam się z tobą tym podzielić. Ten skurczybyk nawet ławkę w parku rozwalił! 

Do salonu wbiegł mały mops Elwirki najwyraźniej obudzony przez naszą dyskusję. Na widok mojej osoby radośnie skakał i wywijał swoim krótkim ogonkiem. Bez wahania wzięłam go na ręce i zaczęłam drapać za uszkiem. Zwierzę zadowolone z rozwoju sytuacji, w podzięce lizało moją rękę.

-Może wam się wydawało...- Patrzyła na mnie z wyraźną bezradnością, jakby nie mogła znaleźć argumentów, które utwierdziłyby mnie w przekonaniu, że zwariowałam.- Po prostu chodźmy w miejsce, gdzie to się stało. 

Nie musiała mnie dłużej przekonywać.

 Włożyłyśmy buty, zabrałyśmy pieska i poszłyśmy w miejsce wczorajszej potyczki. Zadowolona z siebie pokazałam jej miejsce, w którym stała ławka. Słuchała mojej opowieści ze szczegółami i miałam wrażenie, że coś ją niepokoi. Patrzyła się na mnie niewidzącym wzrokiem i potakiwała na każde moje słowo.

-Elwira wszystko w porządku?- Spytałam i szturchnęłam ją w ramie. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

Wzdrygnęła się i spojrzała mi w oczy.

-Taaaak...tylko wiesz...to trochę dziwna sprawa. A Daria jest na sto procent pewna, że jeszcze kogoś tam widziała? 

Przytaknęłam, a ona przymknęła oczy i westchnęła ciężko.

- Naprawdę dziwna sprawa.                              


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz